Wikia

Tomkopedia

Tomek w krainie kangurów

Komentarze26
61stron na
tej wiki
Okładka.jpg

Tomek w krainie kangurów – pierwsza część cyklu książek Alfreda Szklarskiego o przygodach Tomka Wilmowskiego. Książka ukazała się po raz pierwszy w 1957 r. i była później wielokrotnie wznawiana.

Pierwszy tom przygód młodego Wilmowskiego przedstawia jego losy rodzinne, wyjazd z Warszawy oraz udział w ekspedycji łowieckiej na terenie Australii Południowej. Bohater poznaje w nim ludzi, z którymi spędzi resztę życia oraz przyszłą żonę.


Australia.JPG


PrologEdytuj

Ilustracja1.jpg

Tomek ze swoją klasą

Jest rok 1902. Czternastoletni Tomek Wilmowski jest uczniem jednego z warszawskich gimnazjów. Syn rewolucjonisty, wychowywany przez rodzinę swojej zmarłej matki - wujostwo Karskich - to błyskotliwy i pomysłowy chłopiec, a przy tym tak samo jak ojciec nienawidzący rosyjskiego caratu. W środowisku nauczycielskim, mimo swojej biegłości w przyswajaniu wiedzy, ma opinię "polskiego buntowszczyka".

Podczas ostatniej w roku szkolnym lekcji geografii u rosyjskiego nauczyciela Tomek, korzystając z faktu, że "Piła" zapomniał okularów, podał się za swojego kolegę, by uratować go przed złą oceną. Podstęp wyszedł na jaw przez donos prymusa Pawluka. Następną lekcję zajmowała wizytacja carskiego inspektora. Nauczyciel celowo wybrał do odpowiedzi Pawluka, by zrobić na urzędniku pozytywne wrażenie. Tomek, wiedząc o panicznym lęku prymusa przed owadami, wpuścił mu chrząszcza jelonka za kołnierz, co skończyło się żenującą dla donosiciela scenką ataku paniki na oczach klasy, nauczyciela i wizytatora.


Plac Trzech Krzyży.jpg

Warszawa 1902, Plac Trzech Krzyży

Po skończonych lekcjach Tomek zamiast do domu wybrał się na spacer po Warszawie. Przeszedł obok Placu Trzech Krzyży i skręcił w Aleje Ujazdowskie. Znalazł spokojne miejsce w Ogrodzie Botanicznym, gdzie zatrzymał się pod jednym z drzew i rozmyślał o swoim nie poznanym ojcu.

Tomek był synem polskiego patrioty, który – zmuszony do ucieczki za granicę z powodu działalności antycarskiej – pozostawił w kraju żonę i jego. Matka Tomka zmarła dwa lata po odejściu męża. Od tamtej pory chłopiec wychowywał się u ciotki Janiny, gdzie traktowany był na równi ze swym kuzynostwem. Sam ojciec nie mógł już nigdy powrócić do Polski, lecz regularnie przesyłał pieniądze. Tomek mógł więc pobierać lekcje angielskiego, a ojciec Jurka Tymowskiego, dorożkarz, z wdzięczności za pomoc synowi w szkole udzielał mu lekcji jazdy konnej.

Ed7dafcc084a3a05.jpg

Spotkanie ze Smugą


Po powrocie do domu Tomek obawiał się awantury i kary za spóźnienie. Jednak okazało się, że ciotkę i wuja odwiedził tajemniczy gość, którym okazał się być wieloletni przyjaciel ojca Tomka. Przybył on z propozycją dla chłopca: ojciec pragnął zabrać go za granicę. Tomek zgodził się bez wahania, chociaż i nie bez żalu, miał bowiem w ciągu następnych lat tylko okazyjnie wracać Warszawy i wujostwa Karskich. Okazało się, że pojadą do Australii, gdzie ojciec wraz z ekspedycją ma złapać okazy zwierząt do ogrodów zoologicznych w Europie.

PodróżEdytuj

Triest.jpg

Triest, Italia

Tomek wraz ze Smugą wyjechali pociągiem z Warszawy do Triestu (portowe miasto w północno-wschodnich Włoszech, wtedy jeszcze w Austrii), gdzie przebywał ojciec chłopca. Podróż trwała kilka dni, po drodze zwiedzili w dwa dni Kraków oraz Wiedeń. Długą podróż umiliły opowieści Smugi o wspólnych przygodach z ojcem Tomasza. Na peronie w Trieście chłopiec, ze wzruszenia na widok tak dawno nie widzianego ojca, zapomina wymyślonej przemowy powitalnej i z płaczem pada w ramiona równie wzruszonego ojca. Dzień spędzili na rozmowach, Tomek opowiadał o losach swoich i matki po przymusowej ucieczce ojca.

4fef2d8750ca40dd.jpg

Bosman uczy Tomka posługiwania się sztucerem

Następnego dnia podróżnicy udali się do portu, gdzie weszli na pokład „Aligatora” – starego parowca, przerobionego przez przedsiębiorstwo Carla Hagenbeck'a specjalnie do przewozu zwierząt. Tomek poznał bosmana Nowickiego, Warszawiaka, wieloletniego przyjaciela ojca, który razem z nim zmuszony był do ucieczki z kraju. Od razu zyskał przyjaźń olbrzymiego marynarza, między innymi ze względu na łączące ich przywiązanie do stolicy. Tomek podarował mu część swoich pocztówek z Warszawy.

Chłopiec zwiedził cały statek, w tym mostek kapitański, palarnię, mensę i ładownię. Poznał pozostałych członków załogi "Aligatora". W kajucie czekały na niego prezenty od ojca – nowy sztucer oraz ekwipunek myśliwego. Tomek dowiedział się, że jego oficjalną funkcją będzie zaopatrywanie wyprawy w mięso (co oczywiście było żartem dorosłych). Przejęty rolą, nie przyznał się, że nie umie strzelać. Bosman Nowicki zaoferował mu swoją pomoc. Razem codziennie urządzali sobie strzelnicę w pustej ładowni statku, gdzie Tomek bez przeszkód mógł ćwiczyć rękę i oko, a hałasy z maszynowni zagłuszały strzały.

Port Said.jpg

Port Said

Podróżnicy bez większych przygód przepłynęli Morze Śródziemne, by zakotwiczyć w Egipskim mieście Port Said w celu uzupełnienia zapasów węgla. Bohaterowie w wolnym czasie zeszli na ląd. Podczas wędrówki po arabskim mieście Polaków zatrzymał stary wróżbita, który przepowiedział panu Smudze, że "między nim a śmiercią stanie młody chłopiec". Tomkowi natomiast wywróżył, że "znajdzie coś, czego inni będą szukać" oraz że "zyska przyjaciela, który nigdy nie wypowie do niego słowa". Podróżnicy nie przejęli się przepowiednią starca; rzucili mu drobne i ruszyli dalej, podziwiając cuda orientalnego świata.

Po kilku godzinach statek wyruszył w następną część rejsu poprzez Kanał Sueski. Następnym przystankiem miał być Port Sudan, gdzie na pokład "Aligatora" załadowano stado pięćdziesięciu wielbłądów, które w tamtych czasach w Australii pelniły funkcję zwierząt pociągowych. Podczas pokonywania Kanału Tomek doznał oparzeń słonecznych, gdyż zasnął na słońcu. Nie mogąc wychodzić na pokład, zapamiętale ćwiczył strzelanie ze sztucera.

Ilustracja3.jpg

Cejloński słoń...

"Aligator" przepłynął Kanał Sueski oraz Morze Czerwone i wypłyną na Ocean Indyjski. Kolejnym przystankiem w podróży do Australii był Cejlon, w którym na pokład statku miały zostać załadowane dwa zwierzęta: słoń cejloński oraz tygrys bengalski. Tomek podczas załadunku słonia zrobił sobie fotografię na jego grzbiecie, którą wysłał do wszystkich znajomych i krewnych w Warszawie. Dowiedział się też wielu informacji o zachowaniu tygrysa oraz wysłuchał historii Smugi o polowaniu na to zwierzę w Bengalu, kiedy to tygrys - ludojad podczas nocnej zasadzki rozszarpał przewodnika. Wiadomości te - jak się już niebawem okazało - miały ocalić mu życie.

E4df59ca5a883b90med.jpg

...i bengalski tygrys

Podczas podróży przez Ocean Indyjski rozpętał się wielki sztorm, a „Aligator” dostał się w oko cyklonu. Tomek spędził burzę w kajucie, nie przywykły do silnego kołysania. Jego ojciec i pan Smuga przenieśli tygrysa wraz z klatką do innego pomieszczenia, ponieważ poprzednie zalewała woda przez uszkodzony iluminator.

Następnego, mniej burzliwego dnia Tomek poszedł do pustej ładowni poćwiczyć strzelanie. Tam jego oczom ukazał się przerażający widok. Tygrys, który najwidoczniej wydostał się z klatki, szykował się do ataku na Jana Smugę. Podróżnik próbował uspokoić zwierzę spokojnym głosem, i nakazał Tomkowi ucieczkę po pomoc, jednak wielki kot zwrócił teraz swoją uwagę na chłopca. Tomek, choć sparaliżowany strachem, oddał strzał między ślepia zwierzęta w tej samej chwili, gdy to skoczyło. Pan Jan rzucił się na tygrysa, przez chwilę zmagając się z nim. Jednak okazało się, że strzał Tomka był celny. Chłopiec okazał się bohaterem. Był to pierwszy myśliwski wyczyn młodego Wilmowskiego. Na pamiątkę dostał od Smugi rewolwer Colta wraz z pasem i futerałem.

AustraliaEdytuj

Port Augusta.jpg

Peron w Port Augusta

W 56 dni po wypłynięciu z Triestu "Aligator" dopłynął do Port Augusta w południowej Australii, gdzie podróżnicy spotykali doradcę z ogrodu zoologicznego w Melbourne, który miał im towarzyszyć w łowach na egzotyczne australijskie stworzenia. Karol Bentley okazał się być w połowie Polakiem, co sprawiło bohaterom miłą niespodziankę, zwłaszcza, że nienagannie posługiwał się ich językiem. Po wyładowaniu wielbłądów oraz słonia bohaterowie przystąpili do załatwiania formalności związanych z incydentem na statku oraz ustalania planu akcji. Łowy miały się odbywać w Nowej Południowej Walii, gdzie gościny miał im użyczyć farmer Clark. Priorytetem ekspedycji miało być namówienie okolicznych plemion Aborygeńskich do pomocy w polowaniu z nagonką. W tym celu Bentley zatrudnił przewodnika - tropiciela, krajowca Toniego. Zwierzyną miało być kilka gatunków kangurów, dzikie psy dingo, koale, wombaty, kuzu, wszelkie ptactwo w tym lirogony i kookaburry oraz strusie emu; dziobaki, kolczatki oraz inne endemiczne zwierzęta. Mac Dougal przydzielił im czterech marynarzy z "Aligatora", w tym bosmana Nowickiego, prócz tego udział brało pięciu ludzi z przedsiębiorstwa Carla Hagenbecka. Wyjazd miał nastąpić pojutrze.

Paweł Edmund Strzelecki.jpg

Paweł Edmund Strzelecki

Wyprawa wyruszyła pociągiem wgłąb kontynentu. Tomek nawiązał rozmowę z Bentley'em. Początkowo dziwił się widokiem cywilizowanych i zadbanych terenów rolniczych przelatującym za oknami wagonu, ponieważ spodziewał się widoku pustyń i dziczy. Zoolog wyjaśnił mu, że zamieszkałe tereny ciągną się tylko wzdłuż linii kolejowej, reszta Australii w istocie jest rzeczywiście tajemniczą i niebezpieczną dziczą. W dalszej części rozmowy poruszyli temat odkryć geograficznych.

Rozprawiali też o polskich podróżnikach przemierzających kontynent Australijski. Byli to Sygurd Wiśniowski, który przeżył bliskie spotkanie z rozbójnikami oraz Seweryn Korzeliński, poszukiwacz złota. Nie mogli też pominąć Pawła Strzeleckiego, słynnego odkrywcy który miał ogromny wkład w poznawanie Piątego Kontynentu. W dalszej części rozmowy Bentley opowiedział o znanych wyprawach Karola Sturt'a i Jana Stuart'a, Ludwika Leichhardt'a, który zaginą bez wieści, oraz Kennedym, którego również spotkała śmierć na odludziu.

Drugiego dnia podróży pociągiem członkowie ekspedycji dojechali do Wilcannii, gdzie poznali Toniego i przesiedli się do zaprzężonych w wielbłądy wozów. Wyruszyli w dwudniową trasę, aż dojechali do farmy Johna Clarck'a. Było to w zasadzie małe osiedle położone na wzgórzu pośród stepu służące hodowli owiec, gdzie bohaterowie rozładowali wozy i ulokowali się w jednym z baraków. Clarck poinformował ich o nieufności i wrogości okolicznych plemion, zaniepokojonych organizacją łowów w tych stronach. Smuga wyznaczył uzbrojone warty i zakazał opuszczania osiedla w pojedynkę. Wilmowski wyjątkowo zmartwił się nieprzychylnością Aborygenów, gdyż bez nich łowy były w zasadzie stracone. Zasną niespokojnym snem, o brzasku obudziły go strzały.

C552f38d9afe8973.jpg

Wyrwani ze snu członkowie wyprawy zerwali się z posłań, chwycili za broń i już chcieli wybiec na zewnątrz, gdy powstrzymał ich pełniący wartę Clarck. Pokazał im przez lornetkę zaskakujący widok: Tomek, stojąc na granicy osiedla urządzał popisy strzeleckie przed grupką młodych tubylców. Po chwili powrócił na farmę, gdzie zastał całą załogę w samej bieliźnie stojącą w izbie z gotową bronią. Przed laniem za samowolę uratował go tylko czyn, którego dokonał. Otóż o brzasku wziął sztucer i konserwy i poszedł na skraj terenu farmy, gdzie spokojnie usiadł i czekał. Zainteresowana jego widokiem grupa zwiadowców odważyła się podejść, a chłopak zaproponował im wspólne śniadanie. Większość z nich znała jako tako angielski, więc mógł z nimi porozmawiać. Wyjaśnił im, po co organizują łowy, i że są w błędzie podejrzewając białych myśliwych o jakiś podstęp. Pokazał im również zdjęcia słonia i martwego tygrysa. Zaciekawieni tubylcy poprosili go by pokazał jak się strzela z broni, i odeszli w dobrych humorach z obietnicą powrotu posłańca z informacją od starszyzn plemiennych. Natomiast "starszyzna łowiecka" wymogła na chłopcu obietnicę, że nie będzie już urządzał im takich niespodzianek. Przed zmierzchem przybyli posłańcy trzech okolicznych plemion wyrażających zgodę na udział w łowach na kangury.

Następnego dnia Tomek wraz z dorosłymi wyruszył konno na poszukiwania odpowiedniego miejsca na pułapkę. Po kilkugodzinnej jeździe przez step wypatrzyli mały wąwóz o jednym, wąskim wejściu. Wprost idealny, by zagonić do niego kangury i zastawić przejście drucianą siatką. Zahaczyli również o wioskę plemienia ludzi - kangurów, gdzie oficjalnie potwierdzili udział tubylców w łowach. W Australii plemiona Aborygenów nosiły z reguły nazwy pochodzące od specjalizacji łowieckiej danego szczepu. Stąd też nazwy typu ludzie-kangury, ludzie-emu, ludzie-woda itp.

Ł1.jpg
Rozpoczęły się przygotowania. Łowcy rozłożyli obóz niedaleko wybranego wąwozu. Do myśliwych Hagenbeck'a dołączyło się około 60 tubylców. Zwiadowcy powrócili z informacją o dużym stadzie pasącym się na wschód od obozu. Ludzie podzieleni zostali na trzy grupy, ustalono, że kangury należy otoczyć z południa, wschodu i północy. Pierwsza grupa, składająca się głównie z pieszych tubylców pod wodzą Wilmowskiego miała rozciągnąć się długim szeregiem na południe od wąwozu - pułapki, by zagrodzić drogę uciekającym torbaczom. Resztę piechoty i jazdy podzielono na dwie grupy. Pierwsza, pod dowództwem Bentleya, miała zatoczyć szeroki łuk ze wschodu na północ, by spłoszyć kangury. Natomiast odział Smugi miał zamknąć nagonkę od wschodu. W ten sposób otoczone pierścieniem kangury miały zostać zmuszone do schronienia się w wąwozie.
Ł2.jpg
Tomek ku swemu zadowoleniu przydzielony został do grupy Bentleya, składającej się z 12 jeźdźców oraz kilkunastu pieszych tubylców. O północy wyruszyli w drogę. Bentley przypuszczał, że jeśli kangury nagle się oddalą od nagonki, to przedrą się pomiędzy ich grupą a Smugi. Dlatego też wysłał Tomka przodem, udzielając mu odpowiednich instrukcji. Gdyby kangury niepokojąco zmieniły swoje położenie, wystrzeli racę, a Tomek pogna jak najszybciej, by zastrzelić przewodnika stada. Kangury pozbawione dominującego osobnika z reguły wpadają w panikę, więc najprawdopodobniej natychmiast by zawróciły, umożliwiając łowcom zamknięcie nagonki. Tak też się stało. Niedługo po świcie nadciągnęło stado, a Tomek celnym strzałem położył przewodnika. Dzięki chłopcu polowanie się udało, a on sam dołączył do nagonki, która zapędziła zwierzęta do wąwozu - pułapki.


Ilus..jpg
Najbliższe dni myśliwi spędzili biesiadując i odławiając po kolei kangury z wąwozu, by przekazać je do transportu na statek, dla tego też nie zlikwidowali obozu na stepie. Tomek i bosman poznali (na własnej skórze) naturalne zachowania obronne tych zwierząt, a mianowicie - kopniaki i przypominające boks ciosy. Bohaterowie zapuszczali się na konne wycieczki po bezkresnych stepach, szukając emu. Podczas obserwacji grupy tych ptaków Bentley opowiedział im dużo o systematyce i obyczajach strusiów.

W okolicy farmy zaczęły pojawiać się psy dingo, niepokojąc owce, więc Smuga, Clarck i Wilmowski postanowili sporządzić pułapki przy uszkodzonym ogrodzeniu. Do nich ochoczo przyłączyli się bosman i Tomek. Wyruszyli na tereny pastwisk, oglądając przy okazji tysiące merynosów. Zlokalizowali trzy uszkodzenia drucianej siatki, wykopali przy nich zamaskowane doły - pułapki i wystawili mięso na przynętę. Czekając na noc, czyli porę aktywności dzikich psów, rozłożyli się na pastwisku, zjedli kolację i zapalili fajki.

Siedząc przy ognisku Bentley opowiedział zebranym historię Pawła Strzeleckiego, którego przyjacielem i towarzyszem przygód był jego dziadek, Polak. Strzelecki był słynnym badaczem i podróżnikiem, odkrył znaczną część kontynentu, a największą australijską górę nazwał Górą Kościuszki. Stwierdził również obecność pokładów złota w Australii, jednak zataił ten fakt na prośbę gubernatora. Odkryciem tym podzielił się jednak z dziadkiem zoologa, co tłumaczyło pochodzenie majątku rodzinnego. Bentley opowiedział również jedną z ciekawszych przygód Strzeleckiego i dziadka, a mianowicie wyprawę w poprzek kontynentu. Po zbadaniu Alp Australijskich i Góry Kościuszki ekspedycja ruszyła na południowy wschód. Odkryła tam żyzną krainę, która na cześć gubernatora Strzelecki nazwał Gippslandem. Po mimo kończącej się żywności nieprzerwanie posuwali się na południowy zachód, by dojść do Port Philip. Dzieliło ich około stu kilometrów, kiedy nastała susza, podczas której stracili konie i zmuszeni byli porzucić zebrane zbiory. Po pokonaniu łańcuchów wzniesień napotkali przeszkodę w postaci gęstego, niekończącego się skrubu, czyli gęstwiny skarlałych akacji, eukaliptusów i ostrej trawy. Przez wiele dni musieli przedzierać się w upale przez chaszcze kolców i gałęzi, pokonując zaledwie kilka kilometrów dziennie. W końcu, po ponad trzech tygodniach, wyczerpani i zwątpieni, wyczuli w powietrzu wodę i usłyszeli wycie dingo, co świadczyło o bliskości końca piekielnych gęstwin.

Ilus.2.jpg

W tym momencie siedzący przy ognisku myśliwi również usłyszeli wycie dzikiego psa, co oznaczało początek łowów. Bentley naprędce dokończył opowieść, informując o szczęśliwym dotarciu Strzeleckiego do Port Philip i zebrani ruszyli do akcji. Smuga, Clarck i jego pomocnik Lorenc chwycili za broń i ruszyli w kierunku pastwisk, by zastrzelić drapieżniki, które przedarły się przez pułapki, zaś Tomek i pozostali namierzyli trzy psy w dołach. Rano przywieźli skrzynie i załadowali do nich wyciągnięte z dołów Dingo. Przez następne kilka dni urządzali podobne łowy, lecz złapali jeszcze tylko jednego psa. Clarck radził zacząć przygotowywać wyprawę do polowania na emu.

Łowcy oraz ludzie z farmy rozpoczęli polowanie na emu. Wymagało ono specjalnie wyuczonych koni, które nie bały się dziwnego dźwięku wydawanego przez pióra tych ptaków. Clarck dysponował ograniczoną ilością takich koni, w związku z tym Tomek i bosman nie załapali się na łowy. Siedząc samotnie na farmie postanowili sami urządzić sobie polowanie i schwytać kilka okazów, by zaskoczyć Smugę i Wilmowskiego. Sporządzili sobie odpowiednie lassa, wzięli prowiant i wyruszyli o zmierzchu. Jechali całą noc, coraz bardziej oddalając się od farmy w bezkresny step. Po postoju z posiłkiem, cały czas nie dostrzegając śladu strusi, stracili entuzjazm. Jednak następnego dnia rano zauważyli niedaleko cztery dorosłe osobniki. Wskoczyli na konie i ruszyli w pościg za spłoszonymi ptakami. Ścigali je przez dobrych kilka godzin, coraz bardziej wyczerpując zarówno emu jak i konie. Tymczasem z zachodu zaczęła nadciągać dziwna czerwona mgła, ciągnąc ze sobą podmuchy gorącego powietrza i pyłu. Dwaj niefortunni łowcy zaniechali pościgu, widząc nadciągającą burzę piaskową. Cały step ogarną mrok spowodowany chmurami piasku. Tomek i bosman ruszyli pędem przed siebie, szukając jakiegokolwiek schronienia przed nawałnicą.

Ilus.3.jpg

Wkrótce odnaleźli dość głęboki parów, w którym postanowili przeczekać burzę, która rozpętała się na dobre. Ku ich nieszczęściu jakiś zbłąkany pies Dingo wystraszył konie, które zniknęły bez śladu. Nękani pragnieniem i obawami przyjaciele usnęli osłonięci przed wiatrem przez skałę. Nie było im dane jednak spać spokojnie, gdyż Australia była kontynentem zmiennym i nieprzewidywalnym. Po upale i burzy piaskowej nastąpiła ulewa, a bosman i chłopiec, którzy rozłożyli się w wyschniętym korycie rzeki, ledwo uniknęli utonięcia. Na otwartym stepie przeczekali deszcz, z ulgą witając wschodzące słońce.

Po pełnej „atrakcji” nocy nastał upalny dzień. Tomek i bosman postanowili zaniechać poszukiwania koni i ruszyć na południe. Czekały ich trzy dni drogi, a nie mieli koni, jedzenia ani wody. Mogli mieć tylko nadzieje, że pozostali uczestnicy wyprawy zauważyli ich nieobecność i rozpoczęli poszukiwania. Szli kilka godzin, aż ku wielkiej uldze wypatrzyli wioskę Aborygenów położoną w czymś w rodzaju oazy ze stawem i kilkoma drzewami. Zgodnie z lokalnym obyczajem usiedli na skraju osady i czekali na zaproszenie. Po krótkim czasie wyszła do nich kobieta z wodą i jedzeniem. Gdy zjedli, nadszedł jeden z Aborygenów, a Tomek próbował wytłumaczyć mu po angielsku ich położenie i poprosić o żywność i wodę na powrót. Krajowcy, najwyraźniej nie rozumiejący zbyt dobrze białych ludzi i nie znając ich intencji, po krótkiej naradzie nakazali im się czym prędzej wynosić.

Ilus.4.jpg

Nie mieli innej opcji jak tylko iść przed siebie. W ciągu kilkugodzinnego marszu bosman odnosił wrażenie, że są obserwowani. Podczas postoju na wzniesieniu podzielił się tą informacją z Tomkiem po czym obaj zaczęli strzelać na postrach, by przepłoszyć podejrzliwych tubylców. Przyniosło to zbawienne skutki, gdyż usłyszeli w odpowiedzi wystrzały, z pewnością pochodzące od grupy poszukiwawczej. Ruszyli w kierunku z którego dosłyszeli odgłosy, co jakiś czas strzelając w powietrze by naprowadzić ich na siebie, aż w końcu wypatrzyli grupę jeźdźców. Był to Smuga i marynarze z „Aligatora”. Mieli ze sobą dwa zapasowe konie, na które wsiedli Tomek i bosman, po czym ruszyli w kierunku farmy, zawiadamiając wcześniej rakietą dymną drugą grupę o końcu poszukiwań. Smuga opowiedział odnalezionym, że im też przeszkodziła burza piaskowa, a ich nieobecność zauważono dopiero dzień temu, kiedy na farmę powróciły ich wyczerpane konie. Natomiast aborygenów musiał zaniepokoić ich wygląd, byli bowiem cali wysmarowani zaschniętym błotem a bosman jeszcze trzydniowym zarostem. I tak Tadeusz i Tomek mieli wiele szczęścia, bo burze piaskowe mogą trwać bez przerwy nawet kilka dni.

Więcej od Wikii

Losowa wiki